Dawno takiej zimy nie było. Śnieżna, mroźna, bardzo mroźna. Z tym śniegiem to nie za wesoło, bo nie pałam radością, jak setny raz odśnieżam samochód w ciągu dnia, no i kopert nie widać, a jak nie widać to znaczy, że wyparowały i można parkować wszędzie. Mróz, może być, przynajmniej wybije wszystkie paskudztwa. Jeździć też się nie boję, bo zawsze lubiłam „trochę fantazji” (bezpiecznie oczywiście). Byłam dzisiaj na Kopcu Kościuszki, za Piekarami Śląskimi – raczej pod kopcem. To takie widokowe miejsce tu w okolicy. Na wzniesieniu usypany kopczyk. Boże, jak tam ładnie, zawsze, ale teraz wręcz bajkowo. Ustawiłam sobie auto przodem do słońca, żeby się trochę naładować jego promieniami, bo chyba przez trzy tygodnie było szaro i mglisto. Kopiec otaczają takie drzewa z gatunku wierzbowatego (nie znam się), tzn. mają takie lekkie gałązki. Całe te gałązki oblepione są lodem, który pięknie jarzy się w słońcu. Wyszłam pospacerować. Te oblodzone gałązki trzeszczały na wietrze. Niesamowite. Jak stare drzwi! Cisza, trzeszczące gałązki i słońce. Aż żyć się chce! Bajka!