Była sobie operacja…

Jestem po operacji. Bardzo miło, kameralnie, wręcz nie jak w szpitalu. Zabieg też przeszedł bezboleśnie. Dostałam „głupiego jasia” i znieczulenie w nogę, było mi wszystko jedno. W prawej żyle szyjnej wystarczyło tylko balonikowanie, lewa okazała się niereformowalna i musiał mi dr Ludyga zaaplikować stent. Pobytu szczegółowo nie będę opisywała, bo chyba każdy inaczej odbiera pobyt w szpitalu, nawet takim „innym”. Ale nie ma się czego bać. Leżałam na sali z Amerykanką, która przyleciała na tą operację z Kalifornii, ma 64 lata, porusza się o kulach, ale nie bynajmniej dlatego, że jest chora na SM, tylko dlatego, że miała wylew rok temu. Chorowanie na SM w Stanach nie jest problemem, zresztą jak w innych krajach, np. europejskich. Wiem to od Grzesia z Krakowa, który też był na tym zabiegu i rozmawiał na ten temat z Holenderką. Ona na tę operację odłożyła sobie z miesięcznego kieszonkowego (!!!). W Niemczech jak zachorujesz na SM, to leczenie masz oczywiście do końca życia i to pod warunkiem, że chodzisz na rehabilitację (!). To dlaczego my żyjemy w kraju, gdzie medycyna w niektórych obszarach jest na poziomie „trzeciego świata”? Może rację miał Pan Drzewiecki, że to „dziki kraj” :)
Czuje się dobrze, boli mnie tylko szyja w miejscu wszczepienia stentu, ale musi się on „zadomowić”, to może potrwać parę dni. Jakiś zmian w moim ciele większych nie zauważyłam. Może trochę się mniej męczę. Nie spodziewałam się cudów, no i cuda mnie ominęły. Przynajmniej na teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *