Nie odzywałam się, bo byłam na urlopie, w Bieszczadach. Dokładnie jakieś 20 km od Polańczyka, w takiej miejscowości Werlas. Totalne zadupie. I to właśnie w tym wszystkim było najlepsze. Byliśmy w 8 osób na dwa tygodnie, z przyjaciółmi, a w międzyczasie dojeżdżały do nas jeszcze 4 osoby w tym Michałek, na drugi tydzień. Pogoda nam dopisała, w zasadzie na te 14 dni tylko w jeden padało tak od rana do wieczora. A tak słońce i ciepełko. Domek drewniany, bardzo milusi, położony był na skarpie nad jeziorem w takim zadrzewionym miejscu. To dawało nam odpowiednią temperaturę, pomimo że np. w Polańczyku było ze 35 st. Dla mnie warunki super. Choć zejście do jeziora było strome i byłam tam tylko dwa razy, to nieważne. Ważne jest to, że odpoczęłam, fajnie spędziłam czas, popływałam łódką, pozwiedzałam (choć jestem oporną turystką :)), Michałkowi się bardzo podobało, jeździł na kucyku i kolejką bieszczadzką. No a taką fajną atmosferę to zawdzięczam moim przyjaciołom, z którymi spędzanie chwil wolnych – BEZCENNE. (I to nie jest wazelina!). Powrót do rzeczywistości – bolesny: zalane mieszkanie i urwane koło w aucie Rafała. Prawo serii. Ale wszystko dobrze się skończyło i jest już za nami. Czuję się dobrze, trochę zapuszczona w ćwiczeniach, ale w środę zaczynam. No i po urlopie zachorowałam na lenia, który jakoś nie chce się ze mną rozstać…