29 Grudzień 2011

Koniec roku to taki moment, że większość podsumowuje swoje dotychczasowe życie. No więc pomyślałam sobie, że ja też nie będę gorsza i podsumuję moje 11 lat z chorobą. Nie będę się skupiała na objawach postępującej choroby, ale raczej na emocjach.

Pierwsze objawy minęły równie szybko, jak się pojawiły. Strach pt. „co się ze mną dzieje, że nie umiem utrzymać równowagi, że kręci mi się w głowie, jak stoję wyprostowana, mam odrętwiałe ciało” też minął bardzo szybko. Nie rozumiałam, dlaczego mama była zapłakana, jak weszłam kiedyś nieoczekiwanie do pokoju lekarskiego. Podejrzenie jakiegoś SM? Ok, przeżyję, przecież mnie się stać żadna krzywda nie może. Mam 25 lat, jestem ładna, nawet mądra, skończyłam studia, mam pracę itp, itd. I tak żyłam sobie odrzuciwszy od siebie świadomość tej choroby dość długo. Bo nawet trzy lata później, jak po raz pierwszy wylądowałam w szpitalu z problemem chodzeniowym, nie zmusiło mnie to do głębszego poznania tej SMowej przypadłości. Miałam inne rzeczy na głowie: zakochałam się, urodziłam Michała, zdarzały się epizody chorobowe, które pozostawiały coraz większy ślad, ale cały czas podświadomie odrzucałam obecność choroby. To był czas ślepej wiary, że mogę wyzdrowieć dzięki „cudotwórcom”, energoterapeutom i innym magikom. Boże, w ilu ja miejscach nie byłam, jakich głupot się nienasłuchałam… Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że na pewno mi nie zaszkodziła akupunktura i Harris (nie wiem, czy tak się pisze), ale on już nie żyje, chyba. Aaaaaaaaaaaaa, no i jeszcze towarzyszyło mi przekonanie, że skoro się leczę u profesorów, to nic mi nie grozi. Nic bardziej mylnego. Trochę na mnie poeksperymentowali i teraz wiem, że przyniosło to większą szkodę niż pożytek. Traktują pacjenta jak kolejny przypadek medyczny, nic szczególnego. Otrzeźwienie przyszło dopiero trzy i pół roku temu. Szkoda, że tak późno, bo może paru rzeczy bym uniknęła. No i szkoda, że dopiero kula mnie „postawiła do pionu”. Zrozumiałam, że choruję nie na żarty, i że jak JA coś z sobą nie zrobię, to dobrze nie będzie. Zaczęłam się uczyć choroby, czytać o nowościach w leczeniu, przede wszystkim rehabilitować! Nie chodzę po lekarzach. Raz dlatego, że nie mam z czym. Dwa dlatego, że i tak żaden nie jest mi w stanie pomóc – nic nowego nie odkryje w sprawie mojej choroby, żadnego nowego leku nie zaproponuje, bo go nie ma (no są, ale to ciągle nie to). A słuchać tysięczny raz, co to SM…. mam wrażenie, że czasami wiem lepiej. Nauczyłam się żyć z tym choróbskiem. Wiem przykładowo, że jak idę do kina to nie mogę już parę godzin wcześniej pić. Chorzy wiedzą dlaczego, wyjaśnienie dla zdrowych – SM to również problemy np. z siusianiem. Więc żeby oglądnąć film w kinie, a nie wychodzić co chwilkę do WC, nie piję. Problem wstydliwy – nie ma to jak się posikać w wieku trzydziestu paru lat – bardzo budujące, odczucia bezcenne. Jest jeszcze „parę” ograniczeń ale…

Staram się być wierna zasadzie, że „SM jest w moim życiu, ale NIE jest moim życiem”, czasami z gorszym, niż lepszym skutkiem, ale się staram. Zobaczymy, co czas przyniesie. Powiem coś aktualnie raczej niepopularnego, nie za bardzo trendy, ale ufam Bogu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *