Staram się zawsze do nowości podchodzić z chłodnym opanowaniem, tak, żeby się nie rozczarować. Gdzieś jednak zawsze w jakim kąciku mojego mózgowia tli się wielka nadzieja. No i kolejny raz się okazało się, że limit szczęścia w tym życiu już wykorzystałam. Po ostatnim wpisie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, wszystko zaczęło się zmieniać. Zaczęłam dołować w każdym obszarze: psychicznie i fizycznie. Przestałam się łudzić, że biorę lekarstwo. W końcu skończyło się na sterydach w listopadzie. Miałam rzut. Lekarz prowadzący mnie w tym badaniu klinicznym nie powiedział mi tego wprost (bo nie może), że dostaję placebo. Dał mi do zrozumienia, że muszę się pomęczyć jeszcze do lutego i wtedy dostanę lekarstwo (bo minie 6-miesięczny okres wstępny). Nie mam absolutnie do nikogo pretensji, takie ryzyko podjęłam, to była moja decyzja. Może trochę do losu, że dlaczego zawsze muszę dostawać w dupę… Ale pozbierałam się i staram się dotrzymywać do tego lutego. Chociaż wiem, że może się okazać, że to lekarstwo mi nie pomaga………. i wiedząc o wskazówce szczęścia, która w moim przypadku zatrzymała się w pozycji null – jest to prawdopodobne. Ale czekam!