No, udało mi się w końcu dorwać do kompa. Miałam przerąbany tydzień. Rafał na tygodniowym szkoleniu, Michał z ospą, sprawa z Wieczorem Charytatywnym nabiera rumieńców, gdyby nie rodzice, nie dałabym rady – chyba :)
Ale do rzeczy. Zaczęło się w listopadzie 2000 r. Wstałam rano z odrętwiałą prawą stroną ciała i zawrotami głowy. Wszystko trwało miesiąc i tak jak się pojawiło, tak znikło, z dnia na dzień. Zrobiono mi wtedy pierwszy rezonans magnetyczny i wszystko było ok. Technik radiolog nawet zażartował, że ma dla mnie dobrą informację – MA PANI MÓZG! Tylko nie rozumiałam wtedy, dlaczego mama w pokoju lekarza, jak weszłam po wszystkim, płakała. Teraz już wiem. Lekarz powiedział jej, że jestem w grupie ryzyka zachorowalności na SM (wiek między 20 a 40 rokiem życia). I że trzeba mnie obserwować.
Wszystko wróciło do normy, jeździłam na nartach, grałam w tenisa, tańczyłam, normalka. I tak było przez 2 lata. W zimie 2002 r. zaczęło mi się gorzej chodzić. Ale ponieważ nie interesowałam się wcześniej SMem, bo po co, jak wszystko było tak jak zawsze, przechodziłam ten rzut choroby. W lutym 2003 r. tato zaproponował, żebym trochę wypoczęła i pojechała z nim do Rabki Zdroju na narty. On tam pracował, a ja miałam jeździć na nartach. Pojechaliśmy. W pierwszy dzień od razu udałam się na wyciąg. Już jak zakładałam buty narciarskie, było coś nie tak. Byłam ogólnie, bez powodu bardzo zmęczona. I te ciężkie nogi… Jakoś udało mi się wjechać wyciągiem na górę. No i do przodu. Upadłam przy skręcie. (no dobra nie jeździłam cały rok, możliwe). Drugi skręt – leżę. Przy każdym skręcie się przewracałam. Nogi mnie w ogóle nie słuchały! Po dwudziestu wywrotkach już nie miałam siły się podnieść i w panice zadzwoniłam do taty, który był w pracy, że będę musiała wezwać GOPR, bo sama nie zjadę na dół. Tato ustawił mnie do pionu, zebrałam się w sobie i jakoś dałam radę. Zjeżdżałam chyba z godzinę z góry, którą normalnie pokonywałam w 10 minut, przewracając się od czasu do czasu. To był ostatni raz na nartach. Tak umarło moje hobby. Wylądowałam w szpitalu na sterydach. I tak się zaczęło. Dożywocie ze stwardnieniem rozsianym.
Wbijamy na wieczorek, wbijamy ;)
Pamiętam, jak uczyłaś mnie jeździć :-) Jestem z Tobą!
Określiłabym to raczej jako „ślizgi”, obowiązkowo od klatki numer 9 do klatki nr 1. Jednak ostrożnie!!! Atakowała wtedy „Famka”? Tak się nazywała? Czy to może był „Fafik”?
Pamiętam jeszcze Wigry 3 (miałaś zielony), deskorolki (wszyscy mieliśmy czerwone) Jarnołtówek, Zarzecze, Misplaced Childhood i nie tylko.
Pozdrawiam!!!