Jak zwykle na początku mała dygresja. Pomyślałam, że jak będę tak często pisała, jak piszę, to nie będzie się opłacało wchodzić w ogóle na moją stronę. Moja koleżanka mi powiedziała, że mam wysłać do wszystkich smsa z wiadomością, że coś skrobnęłam :)) Ci, co mnie bardziej znają, to wiedzą, że „kocham” cokolwiek pisać, rozmawiać przez telefon…itd, itd Na swoje usprawiedliwienie mam to, co patrz wyżej i to, że Michał ostatnio choruje, a jak jestem z nim w domu, to nie bardzo mam czas na skupianie się na czymkolwiek i to, że sprawa spektaklu charytatywnego nabrała bardzo czerwonych rumieńców, co też dodatkowo wisi nad moją głową.
Do rzeczy. Michał urodzi się 3 listopada w 2004 roku (właśnie miał urodzinki!!!). Po 6 tygodniach od porodu wylądowałam w szpitalu. Taki mały rzucik poporodowy. Sama słodycz. Te kobitki, które musiały pozostawić swoje dzieciaczki, z różnych przyczyn, zaraz po narodzinach, wiedzą o czym mówię. W zasadzie niesamowicie dobre samopoczucie w ciąży i to, co wtedy w ogóle się działo wokół mnie musiałam chyba odpokutować, bo w przyrodzie musi być jakaś równowaga… Pokutowałam pół roku. Po pierwsze dochodziłam do siebie zdrowotnie, po drugie Rafał mieszkał wtedy w Braniewie, bo z różnych przyczyn nie mógł się tu przeprowadzić. Ja tu, w Bytomiu, u rodziców z małym dzieckiem, z Rafałem widywałam się co drugi tydzień, jak do nas przyjeżdżał. Chyba dopadła mnie wtedy depresja (poporodowa?). Na szczęście jakoś się to wszystko poukładało. Rafał przeprowadził się do Bytomia, mieszkaliśmy (nadal mieszkamy!) na 34 m2 w trójkę, ale razem!!! No i tak się to życie toczyło, od rzutu do rzutu, w zasadzie nie było ich wiele, ale każdy zostawiał jakąś pamiątkę. Także ogólnie było coraz gorzej. Na początku mogłam z wózkiem z Michałkiem chodzić po parku na spacer, potem mój spacer po parku wyglądał tak: od ławki do ławki, a potem Michał wyrósł z jeżdżenia wózkiem, także pożegnałam się ze spacerami po parku.
A najbardziej dobił mnie 2008 rok. Masakra. W marcu skończył mi się dwuletni okres refundacji Rebifu (interferon). Moja, już była, lekarka nie wysiliła się, żeby mnie poinformować o możliwości zwrócenia się z prośbą do NFZtu o kontynuację leczenia, co prawda tylko na rok, ale zawsze. Więc w czasie tej przerwy w braniu interferonu, która trwała 7 miesięcy, miałam trzy rzuty. Dwa takie sobie, zaś jeden mnie powalił, dosłownie. Wyszłam ze szpitala o własnych nogach dwóch + trzecia gratis. I tak jest do tej pory. PS. Pani, o której mowa wyżej, jest osobą, która ma duży wpływ na przyznawanie tych leków, także wiedziała doskonale co i gdzie załatwić. (Chciałam pokazać Wam, na jakich ludzi – lekarzy można trafić czasami…)
Refundacja Betaferonu kończy mi się w zasadzie zaraz. Bałam się i boję się nadal przerwy. Ale dzięki moim przyjaciołom, znajomym (sama nie wiedziałam, że mam ich aż tylu!), Wam, zanosi się na to, że nie będzie przerwy i że będzie dobrze. Dzięki!!! – no i się poryczałam. Koniec
O tak uwielbiasz rozmawiać…Ty jedno słowo Mała a ja ze dwadzieścia:) Pamiętam jak mi kiedyś powiedziałaś, że jeśli dwie osoby mogą milczeć w swoim towarzystwie z pół godziny i nie czują z tego tutyłu zakłopotania to znaczy że są przyjaciółmi…potrafią być razem w każdej sytuacji – nawet milcząc czują się ze sobą dobrze.To na pewno definicja naszej przyjaźni:)) Tęsknię za naszym wypadem na Salmopol – leżymy na ławce gapiąc się w te widoki które muszą być dziełem Boskim, słonko nam zagląda w oczy i już nic wiecej nie trzeba mówić tak jest cudnie:)
hej,
pisz częściej… bo tak wchodzę i wchodzę na tą stronę i czekam :-).
całusy, trzymaj się.
filip