Nie mam chwilki czasu, żeby spokojnie siąść i coś napisać. Masakra. Byłam we wtorek w Euromedicu i tak, jak przypuszczałam, muszę mieć kolejny zabieg. Stent dalej zarasta, a ta druga balonikowana żyła ponoć też się zamknęła. W ogóle wizytę odebrałam delikatnie mówiąc dziwnie. Jakby ktoś starał się na siłę zafundować mi kolejny zabieg za bagatela 10 tys. Są wolne terminy teraz, już lekarz wykręcał numer, żeby mnie umówić, tylko ja akurat wtedy nie zabrałam ze sobą gotówki… Wyszłam i w drodze powrotnej intensywnie zastanawiałam się nad tym wszystkim, omal nie wpakowując się na skrzyżowanie na czerwonym świetle. No i podjęłam decyzję, że się nie zdecyduję. Jeśli mam tendencję do tego, że naczynia wrastają w stenty, to to się nie zmieni i taka sama sytuacja powtarzać się będzie w nieskończoność. A ja nie grzeszę gotówką i poprostu nie stać mnie, żeby co roku mieć zabieg za 10 tys. Szczególnie, że obiektywnie patrząc, to ten zabieg akurat mnie nie dał zbyt wiele. Czuję się cały czas tak samo, jak przed nim – w zasadzie. A to, że nie miałam do tej pory rzutów, to chyba mam szczęście. I tak mnie czeka zabieg, bo trzeba ten stent usunąć. Jestem ciekawa, ile za to zaśpiewają… I tak kończy się moja przygoda z żyłami. Nie żałuję, bo gdybym tego nie zrobiła, to zawsze bym sobie wypominała, że była szansa i jej nie wykorzystałam.
Dzień później dostałam maila od kolegi z informacją, że w Szpitalu im. Barlickiego w Łodzi są zapisy do grupy badawczej „plasterków”. No to się zapisałam. Do 5 miesięcy mają się odezwać. Kolejna szansa…
Taki nasz los, że musimy się chwytać wszystkiego, jak tonący.
Jak plasterki przyniosą jakieś pozytywne zmiany w leczeniu SM, to co do jednego Profesora odszczekam wszystkie żale, jakie napisałam.