A już było tak dobrze…. Od maja czułam się świetnie. W drugiej połowie miesiąca byłam w sanatorium w Szczyrku z ekipą ze Stowarzyszenia. Jak zwykle było fajnie :), jak zwykle porehabilitowaliśmy się :). Pierwszy raz miałam tam ze sobą wózek, to przynajmniej mogłam gdzieś wyjść (choć szczerze mówiąc nie wychodziłam za dużo). W pierwszym tygodniu po tych codziennych ćwiczeniach czułam się zmasakrowana – nawet śmiałam się, że przyjechałam w lepszym stanie niż jest obecnie. Ale to zaprocentowało po powrocie. Na początku czerwca zrobiłam tyle rzeczy, że sama się sobie dziwiłam, skąd mam na to energię. Było naprawdę cudnie, nawet po schodach idąc już nie musiałam „zarzucać” prawej nogi, tylko zginała się i wchodziłam prawie normalnie. Zaczynałam już wierzyć, że ma to coś współnego z Gilenią i że będzie coraz lepiej….No cóż. Po Bożym Ciele dostałam rzut, ciężki. Zdrętwiała mi lewa noga i ręka, do tego zawroty głowy. Początek lipca na Solumedrolu. Teraz wróciłam już do pracy, ale moja noga i ręka już nie są jak wcześniej. Boję się wszystkiego, schodzić z krawężnika, wchodzić do wanny, przejść przez ulicę do zaparkowanego auta, itd. Znowu wylądowałam na dnie i znowu usiłuję się z tego dna dźwigać. Już miejscami nie mam siły. Chciałabym tak na chwilę zamknąć oczy i nie być chorą. Że też nie można od tej choroby sobie zrobić wolnego. Nawet na urlop z nami jedzie :(